Wójt i Wędrowiec cz. 6

W tej sytuacji głogoczowski Wójt uznał, że oto został wyraźnie zlekceważony przez jakiegoś tam „przybłędę”, że urażono jego urzędową – wójtowską dumę, i to jeszcze na oczach obecnych w karczmie gospodarzy. Uznał widocznie również i to, że nie może czegoś takiego puścić płazem. Doszło do ostrej sprzeczki, a nawet przepychanki.

Koniec z końcem głogoczowski Wójt, chłop rosły, wyrzucił z karczmy nieznanego sobie Wędrowca, dając tym samych do zrozumienia jemu i wszystkim obecnym, że on tu pan, i byle jaki nieznajomy nie będzie mu oponował.

– Nie po to mnie CYSORZ na wójtostwie posadził, żeby mi się tu byle kto stawioł – miał powiedzieć do zebranych gospodarzy, i kazał podać kolejną flaszkę wódki.

Cóż się jednak okazało?

Po kilku tygodniach Wójt otrzymał wezwanie do sądu do Krakowa, a z treści pozwu dowiedział się, że w karczmie naruszył honor i nietykalność kogoś bardzo ważnego.

Przegrał w pierwszej instancji i takoż apelację.

Grzywna, odszkodowanie, koszty adwokackie i procesowe, pochłonęły znaczną część majątku Wójta, który w efekcie sam stał się … dziadem.

Nie ma i nigdy nie było w Głogoczowie prawdziwych „dziadów”, bywały tylko, jak zapewne wszędzie, nieroztropne „dziadowskie” postępki, polegające na lekceważeniu kogoś zupełnie bez potrzeby.

poprzednia strona

 

 

Dodaj komentarz